Parafia Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Białej Podlaskiej

DIECEZJA
SIEDLECKA

   

17 stycznia 2018 r. Imieniny obchodzą: Marian, Jan, Antoni

  NAJŚWIĘTSZA MARYJO PANNO WNIEBOWZIĘTA - MÓDL SIĘ ZA NAMI ...    
LITURGIA SŁOWA



Czytania:
1 Sm 17, 32-33. 37. 40-51; Ps 144 (143), 1b-2. 9-10; Mk 3, 1-6
Ewangelia:
Mk 3, 1-6

Czytania na dzień dzisiejszy - www.mateusz.pl

GALERIA ZDJĘĆ
CECYLIA 2017
Radio Maryja
Rok 2013
Rok 2012
Rok 2011
Rok 2010
Rok 2009
 
FILMY VIDEO
2013 rok. Wyjście Pielgrzymów do Saktuarium w Leśnej Podlaskiej - 25 sierpień
2013 rok. Pierwsza rocznica sprowadzenia relikwii Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki
2012 rok. Przyjęcie relikwi Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki. Warszawa
2012 rok. Przedstawienie w dniu wprowadzenia relikwii Bł. Ks. Jerzego do naszej świątyni
 
BIERZMOWANIE
Informacje dla kandydatów do bierzmowania kl. III gimnazjum
Grupy
Informacje dla kandydatów do bierzmowania kl. II gimnazjum
Konferencje dla rodziców
 
Serwis informacyjny KRP

Zima w mieście 2018 - Bielsk Podlaski

144. rocznica męczeństwa Unitów Drelowskich

Bialska Filia AWF gospodarzem międzynarodowego konkursu The Brain Bee 2018

Półkolonie w parafii w Brańsku

PMDK zaprasza na koncert "Pastorałko nieś się biała"

Paweł Majewski wiceministrem MSWiA

Ferie w Opatrzności

Ferie w Ciechanowcu

UWAGA! Zawieje i zamiecie śnieżne

Strzał w 10 w rankingu Związku Powiatów Polskich

Przerwa w emisji programu Katolickiego Radia Podlasie

Słuchaj na żywo KRP


        

 
MENU GŁÓWNE
STRONA GŁÓWNA
OGŁOSZENIA PARAFIALNE
INTENCJE MSZY ŚW. NA AKTUALNY TYDZIEŃ
Pielgrzymki parafialne
Dane kontaktowe
Informacje o parafii
Krótka historia parafii
Porządek nabożeństw
Obecni Duszpasterze
Pracownicy kościelni
Siostry Niepokalanki
Kościół wewnątrz - Zdjęcia
Kaplica boczna - Zdjęcia
Relikwie Ks. Jerzego - Zdjęcia
 
KANCELARIA PARAFII
UWAGA W poniedziałki, niedziele i święta Kancelaria jest nieczynna
GODZINY OTWARCIA
Informacje dotyczące pogrzebu katolickiego
Formalności związane z zawarciem sakramentalnego małżeństwa
 
PORADNIA RODZINNA
Godzinny funkcjonowania Katolickiej Poradni Rodzinnej
Terminy Kursów Przedmałżeńskich organizowanych w naszym mieście
 
WSPÓLNOTY PARAFIALNE
Akcja Katolicka
Koła Żywego Różańca
Grupa Liturgiczna
Ministranci
Lektorzy
Domowy Kościół
Ruch Światło-Życie
Duchowa Adopcja
Krąg biblijny
Czciciele Bożego Miłosierdzia
Schola Młodzieżowa
Chór Parafialny
Zespół Charytatywny
 
SŁUŻBA LITURGICZNA
FILMY INSTRUKTAŻOWE DLA MINISTRANTÓW
Zasady Punktacji
Modlitwy Służby Liturgicznej
Wskazania dla LSO
Zasady Ministranta
Historia Ministrantów
 
SAKRAMENTY ŚWIĘTE
Ważne! Wskazania odnośnie udzielania sakramentów
Chrzest
terminy katechez
dla rodziców i chrzestnych
Eucharystia
Pokuta i pojednanie
Bierzmowanie
Namaszczenie chorych
Kapłaństwo
Małżeństwo
 
NOWENNA DO MBNP
Zaproszenie na Nowenny
do Matki Bożej Nieustającej Pomocy
Historia Ikony Matki Bożej Nieustającej Pomocy
Szczegółowy Opis Obrazu
Modlitwy do Matki Bożej Nieustającej Pomocy
 
SIOSTRY NIEPOKALANKI
Początki Domu Sióstr Niepokalanek w Białej Podlaskiej
 
CIEKAWE LINKI
ZAKŁAD POGRZEBOWY HADES w Białej Podlaskiej
PRZEDSIĘBIORSTWO WIELOBRANŻOWE KOMUNALNIK w Białej Podlaskiej
PARAFIA CHRYSTUSA MIŁOSIERNEGO
BIALSKA PARAFIA NARODZENIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY
BIALSKA PARAFIA BŁOGOSŁAWIONEGO HONORATA
KOŚCIÓŁ ŚW. ANTONIEGO W BIAŁEJ PODLASKIEJ
PARAFIA W ORTELU KRÓLEWSKIM
PARAFIA W KODNIU - SANKTUARIUM MATKI BOŻEJ
PARAFIA W LEŚNEJ PODLASKIEJ - SANKTUARIUM MATKI BOŻEJ
PARAFIA W PRATULINIE - SANKTUARIUM MĘCZENNIKÓW PODLASKICH
Diecezja Siedlecka
Wyższe Seminarium Duchowne
Katolickie Radio Podlasie
Podlaskie Echo Katolickie
Duszpasterstwo Akademickie w Białej Podlaskiej
Caritas Diecezji Siedleckiej
Misericordia Caritas - Biała Podlaska
Piesza Pielgrzymka Podlaska
Droga Neokatechumenalna
Muzeum Diecezjalne w Siedlcach
Domowy Kościół - Biała Podlaska
Nasz Dziennik
Tygodnik Niedziela
Tygodnik Gość Niedzielny
Tygodnik Powszechny
Portal Wiara
Portal Kapłani
Episkopat
EKAI
Strona Radia Watykańskiego
Liturgia Godzin
Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Białej Podlaskiej
Miejska Biblioteka Publiczna w Białej Podlaskiej
Internetowa Księgarnia Religijna w Białej Podlaskiej
Dzieło Biblijne - Słowo Boże
PUBLICZNE GIMNAZJUM NR. 3 w Białej Podlaskiej
PUBLICZNE GIMNAZJUM NR. 4 w Białej Podlaskiej
SZKOŁA PODSTAWOWA NR. 3 w Białej Podlaskiej
SZKOŁA PODSTAWOWA NR. 5 w Białej Podlaskiej
MIEJSKI OŚRODEK KULTURY w Białej Podlaskiej
URZĄD MIASTA w Białej Podlaskiej
URZĄD PRACY w Białej Podlaskiej
 
 
 
Konferencje dla rodziców
 
 

 

Na podstawie książki M. i M. Gajdów Rozwój. Jak współpracować z łaską?

KATECHEZA 1. INTEGRALNY ROZWÓJ CZŁOWIEKA.

Człowiek jest istotą niezwykłą, bo żyje na styku świata ducha i materii. Jego ciało zbudowane jest z aminokwasów, podobnie jak ciało jaszczurki, motyla lub wieloryba. Poci się, odżywia i wydala, wypadają mu włosy, tyje lub chudnie, łamie sobie kości. Czasem ciało odczuwa ból, czasem czuje się dobrze, jednak od pewnego momentu starzeje się nieustannie, aż w końcu umiera i rozsypuje na miliardy atomów. Gdyby zależało mu wyłącznie na tym, by się najeść, napić i zaspokoić instynkt przedłużania gatunku, biologia wystarczałaby do tego, by wytłumaczyć sens ludzkiej egzystencji. Jednak tak nie jest!

Istnieją dziwne miejsca, zwane galeriami sztuki, które człowiek wypełnił czymś, co nie ma żadnego zastosowania z punktu widzenia zwykłego zwierzęcia. Wytwarza on dźwięki, które nazwał muzyką, i to również nie ma żadnego praktycznego celu. Buduje dziwne budowle, w których nikt nie mieszka, a przychodzi tam, by czynić coś, co nazwał modlitwą. Przede wszystkim jednak, niektóre osoby są gotowe oddać życie z miłości do nieprzyjaciół, a to zaprzecza instynktowi przetrwania. Ten absurdalny krok nie daje się wytłumaczyć teorią Darwina.

Ludzka osoba należy więc także do porządku nadprzyrodzonego, ponadnaturalnego, do świata ducha, a wyraża się to przede wszystkim poprzez zdolność do miłości i wrażliwość na piękno. Tylko człowiek potrafi wzruszyć się do łez, czytając wiersz. Tylko człowiek, bez żadnego wyraźnego celu, wchodzi na wierzchołek jakiejś góry. Tylko człowiek może całkowicie bezinteresownie obdarowywać drugiego.

Fragment z Ewangelii według św. Mateusza (por. 13, 33) mówi o tym, że Królestwo Niebieskie podobne jest do kobiety, która włożyła zakwas w trzy miary mąki. Ewangeliczną przypowieść można odnieść do ludzkiej natury. Każdy człowiek posiada trzy sfery: ducha, psychikę i ciało. Każda z tych sfer jest ważna i wpływa na dwie pozostałe. Są one niczym trzy miary mąki – trzeba w nie włożyć zakwas, aby się wszystko zakwasiło. Dopiero wtedy będzie można wypiec chleb, który kogoś nakarmi. Tym ewangelicznym zakwasem jest Łaska Boża, z którą można świadomie współpracować, podejmując pracę nad sobą.

Dlatego temat rozwoju, w ujęciu chrześcijańskim, dotyczy właśnie jej – tej tajemniczej siły, nieskończenie łagodnej, a zarazem stanowczej. Niewidocznej, lecz wszędzie obecnej, która nieustannie pragnie popychać nas ku miłości. To ona wylewa się nadobficie, cierpliwie czekając na odpowiedź człowieka. Łaska całkowicie pozbawiona przemocy i autorytaryzmu. Przyzywa, nie przymuszając: „Możesz, możesz, możesz... Więcej, wyżej, szerzej, głębiej... (por. Ef 3, 18). Możesz mieć udział w życiu Tego, od Którego wszystko pochodzi...".

Łaska to nadprzyrodzone udzielanie się Boga człowiekowi.[1] To ona stoi u początków ludzkiego rozwoju. Jeśli człowiek chce się rozwijać, to dlatego, że już w nim ona zadziałała. Jego rozwój dokonuje się dzięki łasce i we współpracy z łaską. Sam z siebie niczego nie może on uczynić. Zakwas pochodzi z zewnątrz. Nie prosiliby on o łaskę, gdyby ona wcześniej nie uzdolniła go do tego.

Duch, ciało i psychika wpływają na siebie i w jakimś sensie wzajemnie przenikają, nie mieszając się jednak ze sobą. Nie można pomylić porządków: co duchowe to duchowe, co fizyczne to fizyczne, co emocjonalne to emocjonalne. Jednak duchowe wyraża się w emocjonalności i w ciele. Cielesne ma wpływ na emocjonalność i duchowość. Osobowość ma wpływ na to, jak funkcjonuje człowiek w świecie materialnym i jaką drogę rozwoju wewnętrznego podejmie. Duch, psychika i ciało nie są jednak równorzędne. Uznaje się prymat ducha, ponieważ to on czyni ludzką osobę kimś wyjątkowym na tym świecie: Nie bójcie się tych, którzy zabijają  ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle (Mt 10, 28).

Będąc istotą duchową, stworzoną z miłości i dla miłości, człowiek jest bardzo wrażliwy. Można go zranić słowem, można go także zranić brakiem słowa. A to jeszcze nie wszystko! Człowieka można zranić spojrzeniem lub nawet brakiem spojrzenia! To coś zupełnie wyjątkowego! Nie ma na tym świecie drugiej tak kruchej istoty. Gdybyśmy nie byli stworzeni do miłości, ewolucja już dawno wyzbyłaby się niepotrzebnej słabości, którą jest nasza nad-wrażliwość.

Ponieważ życie nie kończy się wraz ze śmiercią ciała i wykracza poza to, co widzialne, życie wewnętrzne jest najistotniejsze dla rozwoju człowieka. Dlatego adekwatna dla osoby ludzkiej, a więc i w pełni skuteczna, może być tylko taka terapia, która uwzględnia duchowość.[2] Każde inne podejście, mniej lub bardziej, redukuje człowieka.

Współczesna nauka lekką ręką podpisuje deklarację, że łaska, o ile w ogóle istnieje, nie ma żadnego wpływu na badania i wyniki naukowe. Naukowym miałoby być wyłącznie to, co można zmierzyć. A jednak nawet dziedziny ścisłe, takie jak matematyka i fizyka, dochodzą w swym rozwoju do granic, w których rozróżnienie pomiędzy tym, co mierzalne a tym, co filozoficzne zaciera się. Jeśli tak się dzieje, o ileż bardziej psychologia powinna uwzględnić duchowość! Kto udowodnił, że duch i łaska nie istnieją? Założenie, że człowiek może osiągnąć pełną integrację i rozwój bez uwzględnienia duchowości, zakrawa na arogancję intelektualną, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę doświadczenie wszystkich wielkich tradycji i kultur. To nie chrześcijanie mają się tłumaczyć z faktu, że w procesie rozwoju człowieka uwzględnia się działanie łaski i życie duchowe. To raczej ci, którzy redukują człowieka do poziomu biologii, powinni wykazać, na jakiej podstawie to czynią. Kto żyje w głębszym spokoju emocjonalnym: Europejczycy, zużywający tony używek, „znieczulaczy" i leków psychotropowych, czy ludy, które tak pochopnie nazywamy czasem „prymitywnymi”? Ciągle napotykamy na historie ludzkie, które dowodzą, że życie wewnętrzne wpływa na integrację emocjonalną. Nerwice, depresje, uzależnienia, kompulsje i zaburzenia psychiczne, na które cierpieli wielu ludzi, wynikają bardzo często z odrzucenia duchowego wymiaru życia.

Niedojrzałe postawy zdarzają się także po stronie ludzi religijnych. O ile, na szczęście, coraz rzadziej słyszy się stwierdzenia w rodzaju: „Masz depresję? Musisz więcej zaufać Panu Jezusowi, a wszystko się rozwiąże!”, to jednak ciągle wielu wierzących odnosi się nieufnie do psychologii, widząc w niej zagrożenie dla religii lub obawiając się, że praktyki terapeutyczne mogą sprowadzić na człowieka złego ducha. W niektórych środowiskach lęk przed diabłem jest tak wielki, że właściwie każde działanie terapeutyczne jest podejrzane. Sformułowania w rodzaju „technika relaksacyjna” już wywołują niepokój. Zdarzają się nauczyciele, którzy zamiast głosić zwycięstwo Jezusa, koncentrują się ciągle na niebezpieczeństwach duchowych. Paradoksalnie dochodzą w ten sposób niemal do manicheizmu lub typowo pogańskiego myślenia magicznego w chrześcijańskim „opakowaniu”: wszechmocne zło miałoby czyhać wszędzie, a świadomy wybór człowieka – życie w łasce sakramentalnej, decyzja kroczenia za Jezusem – zdawałby się mieć drugorzędne znaczenie. Niepokoi także fakt, że zjawiska dające się wytłumaczyć psychologicznie, uważa się czasem za duchowe (ponadnaturalne). Szkodzi to duchowości, która może zostać odrzucona przez kogoś, kto, mając wiedzę na temat zjawisk emocjonalnych, wszystko, co religijne, uzna „hurtem” za „nieoświecone”.

Za postawami pełnymi podejrzliwości stoi brak zrozumienia. Ojcowie pewnych gałęzi psychoterapii byli obojętni religijnie lub nawet znajdowali się w opozycji wobec Kościoła. Nie zmienia to jednak faktu, że niektóre ich osiągnięcia posunęły współczesną psychologię naprzód. Ktoś, kto błądzi filozoficznie lub nawet moralnie, może napotykać ziarna prawdy. Ignorowanie pewnych koncepcji Z. Freuda tylko dlatego, że nie był wierzącym katolikiem byłoby dziś absurdalne. Gdyby zamknąć się w granicach wyznaczanych przez nieufność, można byłoby się znaleźć na peryferiach nauki. Co nie znaczy, że należy bezkrytycznie przyjmować wszystko, na co napotyka się w różnych prądach psychoterapii!

W rzeczywistości człowiek nigdy nie staje w konflikcie pomiędzy teologią a psychologią. Jeśli ktoś znalazłby sprzeczność pomiędzy tymi dziedzinami, znaczyłoby, że gdzieś popełniono błąd: w teologii lub w psychologii. Im dłużej pracuje się na styku tych dwóch dziedzin, tym bardziej zachwyca fakt, że prawda jest jedna. Można ją opisywać różnymi językami naukowymi, co nie zmienia stanu rzeczy, że ma się do czynienia z integralną wiedzą o człowieku.

Jest on jedyną istotą należącą jednocześnie do świata duchowego i materialnego. Z tego faktu wynika jego niepowtarzalne piękno i możliwości, ale także napięcie i trud istnienia. Im większy dar, tym więcej pracy trzeba włożyć, by go właściwie wykorzystać. Rozwój, o którym mówi się, jest jednym procesem, obejmującym całego człowieka: ciało, ducha i psychikę.

Ludzka istota została stworzona i nieustannie staje się. I ma ona wpływ na to, kim się staje!

KATECHEZA 2. CEL ROZWOJU CZŁOWIEKA

Podobnie jak nie można postawić domu bez fundamentu, tak nie można świadomie podjąć własnego rozwoju, jeśli się nie wie, do czego ten rozwój ma prowadzić. Jezus zapytany o najważniejszą zasadę życia bez wahania wskazał na przykazanie miłości. Wybrał je spośród sześciuset czternastu przykazań Tory, jako to, które nadaje właściwy kierunek życiu ludzkiemu. W ujęciu chrześcijańskim człowiek istnieje po to, by miłować i spełnia się dopiero wtedy, gdy miłuje.

CELEM ROZWOJU CZŁOWIEKA JEST MIŁOŚĆ.

Można postawić pytanie: dlaczego właśnie miłość została postawiona jako cel rozwoju człowieka? Odpowiedź podają mistycy: ponieważ Bóg jest miłością, a człowiek ma się zjednoczyć z Bogiem. Celem życia człowieka jest Bóg. Tę niesamowitą perspektywę rysuje przed nami duchowość! Pełny rozwój człowieka wyraża się w tym, że człowiek miłuje jak Bóg, mając udział w Jego wewnętrznym życiu (w teologii – zjednoczenie przebóstwiające). A więc wszystko, co służy naszemu ostatecznemu celowi (być jedno z Bogiem w miłości), popycha nas we „właściwą stronę". Św. Jan od Krzyża powiedział, że pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości. Sąd ostateczny nie musi być rozumiany jak coś zewnętrznego. Odrzucając rozwój ku miłości, sami narażamy się na cierpienie. Całkowite odrzucenie miłości umieszcza człowieka w piekle. Również z punktu widzenia psychologii przykazanie miłości jest dla człowieka najzdrowsze. Kto zmierza ku dojrzałej miłości, automatycznie staje się człowiekiem bardziej zintegrowanym i coraz zdrowszym emocjonalnie.[3] Ostatecznym celem rozwoju jest miłość. Wobec tego każdy cząstkowy rozwój: fizyczny, emocjonalny, materialny, intelektualny, artystyczny czy religijny ma sens o tyle, o ile przybliża nas do celu najważniejszego. Jeżeli praca nad sobą i doskonalenie w jakiejś dziedzinie nie służy miłości, wówczas z chrześcijańskiego punktu widzenia przestaje mieć znaczenie lub nawet staje się czymś szkodliwym.

Można sobie wyobrazić, że ktoś osiąga wyżyny rozwoju fizycznego – zostaje złotym medalistą olimpijskim, zdobywa wszystkie ośmiotysięczniki lub osiąga niezwykle zgrabną i wysportowaną sylwetkę. Te wszystkie osiągnięcia, same w sobie dobre, będą wpływały na rzeczywisty rozwój osoby podejmującej wysiłek jedynie wówczas, gdy znajdą się w służbie miłości, a nie egocentryzmu. Jeśli rozwój fizyczny będzie zaprzeczał miłości, np. przez niszczenie konkurencji, zawiść, narcyzm, wtedy złoty medal olimpijski, zawieszony na szyi sportowca, może stać się kołem młyńskim, pociągającym go w przepaść. Gdy zgasną światła i zostaną wyłączone kamery, a trybuny opustoszeją, człowiek zostaje sam ze swoją ciemnością. I nie chodzi tu o jakieś dewocyjne straszenie „karą Bożą”, ale o rzeczywiste, subiektywnie odczuwalne poczucie klęski, nieszczęścia i oderwania od życia, które będzie mu towarzyszyło, jeśli zainwestował wszystkie swe wysiłki w rozwój ciała, ale uczynił to, nie podporządkowując ich miłości.

Są czasem ludzie, którzy osiągnęli szczyty w zakresie umiejętności komunikacyjnych. Potrafią świetnie stawiać granice, skutecznie przekazują swą wiedzę, zdobyli wspaniałe umiejętności interpersonalne, a jednak i oni będą przeżywać mniejszy lub większy dyskomfort emocjonalny w sytuacji, gdy ich rozwój odbywać się będzie poza porządkiem miłości.

NIE MA DOJRZAŁEJ MIŁOŚCI BEZ POSTAWY ASERTYWNEJ, JEDNAK ASERTYWNOŚĆ SAMA W SOBIE NIE JEST CELEM NASZEGO ROZWOJU.

Aby właściwie miłować, trzeba umieć powiedzieć „nie”, stawiać granice i wymagania, jednak osiągnięcie asertywności nie kończy rozwoju człowieka. Celem rozwoju jest miłość.[4] Słyszy się czasem, że ktoś osiągnął spektakularne wyniki w nauce i dokonał wielkich odkryć, pozostając zupełnie infantylnym w porządku relacji międzyludzkich – nieumiejącym budować związków z ludźmi, apodyktycznym lub wycofanym. Nauka może stać się formą ucieczki lub próbą zaistnienia w świecie, ale jedynie miłość pozwala człowiekowi unieść trud egzystencji i dać mu głębokie poczucie szczęścia i sensu istnienia.

Jest oczywiste, że rozwój materialny czy bogactwo i sława nie służą często ostatecznemu celowi człowieka. Same w sobie nie są z natury czymś złym, ale zdarza się, że zamykają na miłość. Może to kogoś zaskoczy, ale także rozwój religijny może nie służyć miłości lub nawet od niej oddalać. Człowiek jest istotą religijną z natury. Fakt ten w zasadzie nie wymaga uzasadnienia, wystarczy prześledzić historię ludzkości. Ateizm tylko potwierdza istnienie powszechnego instynktu religijnego, ponieważ, aby zostać ateistą, trzeba odrzucić coś, co ma się niejako we krwi. Większość ludzi wyczuwa istnienie Siły Wyższej. Rytuał religijny jest czymś pozytywnym i wypływa z głębokiego przekonania człowieka, że istnieje jakaś Rzeczywistość większa i głębsza niż wszystko, co nas otacza, a bycie człowiekiem to coś więcej niż spożywanie i wydalanie. Człowiek nie może sam siebie zrozumieć bez Siły, którą przez wieki i w różnych kulturach wyraża i nazywa na przeróżne sposoby[5]. Religijność wszystkich ludów jest wyrazem umieszczania się człowieka w porządku stworzenia: jest COŚ więcej, jest KTOŚ więcej. Tajemnicza Siła, stale obecna w zbiorowej świadomości, jaką tworzy przez dzieje rodzina ludzka, nieustannie zaprasza do podejmowania życia wewnętrznego. Religijność jest cenna, bo stwarza przestrzeń dla samoobjawiania się Mocy, która ingeruje coraz głębiej w życie ludzi, wskazując na Samą Siebie, jako na ostateczny cel ludzkiej egzystencji. Religia karmi się także zachwytem nad stworzeniem, który jest naturalnym doświadczeniem kontemplacyjnym (źródła pozytywne religijności).

Człowiek, otoczony pięknem stworzenia, przeżywa jednak ogromne osamotnienie. Jest ono skutkiem swoistego „oderwania od Ojca”, które w Tradycji Katolickiej nazywamy grzechem pierworodnym. Podstawowym uczuciem, towarzyszącym ludzkości po tym tragicznym „pęknięciu”, jest lęk. Na Boże wołanie: „Adamie, gdzie jesteś?” – pierwszy człowiek odpowie: „Przestraszyłem się, bo jestem nagi”. Lęk może stać się inspiracją dla religijności, która pomaga go opanowywać. Źródła życia wewnętrznego są wtedy zatrute (źródła negatywne religijności), a rytuał, jaki się na tym nabudowuje, nie prowadzi do wolności i rozwoju, lecz do skarłowacenia osoby ludzkiej. Słusznie Karol Marks zauważył, że religia bywa opium dla ludu, bo pozwala niejako oswoić świat i zmniejszyć lęk egzystencji, który jest tak naprawdę lękiem przed przemijaniem i definitywnym unicestwieniem.

RELIGIJNOŚĆ MOŻE PROWADZIĆ CZŁOWIEKA DO MIŁOŚCI, ALE MOŻE TAKŻE STAĆ SIĘ PRZESZKODĄ DLA ROZWOJU, GDY STANIE SIĘ JEDYNIE ZABOBONNYM RYTUAŁEM LUB BĘDZIE WYKORZYSTYWANA DO CELÓW INNYCH NIŻ DUCHOWE (NP. POLITYCZNYCH).

Jeśli człowiek zatrzyma się na religijności zewnętrznej, łatwo może znaleźć się w pułapce pustych obrzędów karmiących się przyzwyczajeniem, tradycją, patriotyzmem, lękiem lub czymkolwiek innym. Osoba, która redukuje w ten sposób religijność, może nawet zabić z powodów religijnych i znaleźć się w opozycji wobec samego Boga.[6]

JEZUS PRZEPROWADZA LUDZKOŚĆ OD RELIGIJNOŚCI (KULT ZEWNĘTRZNY OPARTY NA PRAWIE) DO DUCHOWOŚCI        (KULT WEWNĘTRZNY OPARTY NA ŁASCE).

Nauczyciel z Nazaretu powiedział, że nadchodzi czas, gdy Bogu nie będzie się już oddawało czci na żadnej górze ani w żadnej świątyni. Prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Bogu w duchu i prawdzie. Nie znaczy to oczywiście, że rytuał zewnętrzny lub zorganizowany kult przestał już mieć znaczenie. Sam Jezus nie przestał chodzić do świątyni. Prawdziwa i głęboka duchowość okazuje zawsze szacunek dla przejawów ludzkiej religijności, zarówno dla tradycji, z której sama wyrasta oraz dla innych tradycji religijnych. Jednak Chrystus ukazał, że religia o tyle spełnia swoje zadanie, o ile kieruje ludzi ku doświadczeniu wewnętrznemu, które ostatecznie przechodzi w kontemplację prowadzącą ku zjednoczeniu z Bogiem. Kult zewnętrzny jest niczym ciało dla duszy. Póki żyjemy w świecie materialnym, będziemy potrzebowali rytuału wyrażającego się na sposób zewnętrzny. Podobnie jak dusza przekracza ciało, tak duchowość przekracza religijność. Bóg przekracza wszystkie ludzkie tradycje religijne, nie dając się zamknąć do jednego wyznania. Bóg nie jest żydem ani muzułmaninem, nie jest także katolikiem, w co niektórym jest dość trudno uwierzyć. Odchodzenie ludzi od Kościoła zbyt łatwo tłumaczy się „złymi czasami” lub ateizacją i sekularyzacją wspieranymi przez wrogie religii siły. Jest oczywistym fakt, że nieprzyjaciel nie śpi, jednak kiedy czasy były lepsze?

A może ludzie odchodzą od religii, ponieważ nie znajdują w niej duchowości? Prawdopodobnie instynktownie wyczuwają, że rzeczywistość duchowa nie może być tak trywialnie i powierzchownie przeżywana, jak to się często dzieje w parafialnej codzienności. Po co mieliby trwać w religijności, jeśli ona sama w sobie nie wystarcza, niczego nie wyjaśnia i donikąd nie prowadzi? Gdy odpada motywacja narodowowyzwoleńcza, gdy nie ma już powodów do ukrywania się w kościołach, gdy wielu ludziom powodzi się materialnie coraz lepiej, nie ma już po co chodzić na nabożeństwa – chyba że dla głębi duchowej, ale ona w przeciętnej parafii bywa bardzo ukryta. Doszło nawet do paradoksu polegającego na tym, że kult, który miał prowadzić do mistyki, jest czasem sprawowany tak niedbale, że trzeba być mistykiem, aby odnaleźć w nim obecność Bożą. Nic więc dziwnego, że znudzony i zniechęcony człowiek zaczyna poszukiwać transcendencji gdzie indziej lub w ogóle przestaje jej szukać, goniąc za przyjemnością, która przynosi trochę ulgi. Nie może pragnąć czegoś, czego nie widzi i nie zna. A nie widzi i nie zna dlatego, że nikt mu nie pokazuje. Gdyby ludzie doświadczali życia nadprzyrodzonego, nikt by ich łatwo do religijności nie zniechęcił. Gdzie bowiem znajduje się padlina, tam także zlatują się sępy.

Religia przeżywana bardzo płytko, karmiąca się lękiem przed chorobą, nieszczęściem i śmiercią zaczyna przesłaniać Tego, który chce człowieka prowadzić ku miłości. Niedojrzała religijność może stać się przeszkodą w rozwoju zarówno dla tych, którzy ją praktykują, jak i dla tych, którzy są „na zewnątrz”. Dlatego św. Piotr usłyszał od Jezusa twarde słowa: Zejdź mi z oczu szatanie, jesteś mi zawadą, bo nie prowadzisz ku temu, co Boskie, ale ku temu, co ludzkie – por. Mk 8, 33.

KULT ZEWNĘTRZNY POWINIEN ZAWSZE PROWADZIĆ DO MIŁOŚCI, W PRZECIWNYM RAZIE RELIGIJNOŚĆ STAJE SIĘ BEZUŻYTECZNA LUB WRĘCZ SZKODLIWA.

Religia zinstrumentalizowana może stać się w rękach władców tego świata narzędziem do uprawiania polityki, sposobem powstrzymywania rozwoju społecznego, aparatem manipulacji, może szerzyć nienawiść, zamiast prowadzić do rozwoju rodziny ludzkiej. Ograniczenie zadań religii nawet do tak szlachetnych celów, jakimi są obrona niepodległości lub wspieranie tożsamości narodowej, jest w rzeczywistości jej poniżaniem, bo prawdziwe cele religii są transcendentne. Religijność źle kształtowana i oparta na fałszywych przesłankach teologicznych, może także poważnie szkodzić zdrowiu emocjonalnemu ludzi ją praktykujących.

KATECHEZA 3. CZYM JEST MIŁOŚĆ?

Skoro rozwój ma nas prowadzić ku miłości, potrzebujemy zrozumieć, czym jest miłość. Po czym możemy poznać, że mamy do czynienia z miłością? W jaki sposób miłość oddziałuje na tego, ku któremu jest skierowana? Jeśli Bóg jest miłością, to próba podania jej definicji przekracza ludzkie możliwości. Dlatego zostanie wydobyty pewien aspekt miłości i podana jej definicja, mając pełną świadomość jej niedoskonałości. Brzmi ona następująco: MIŁOŚĆ JEST AKTEM SKIEROWANYM KU DOBRU CZŁOWIEKA.     

1. Miłość jest aktem...

Miłość jest aktem, czyli konkretnym działaniem, które może być podjęte lub też nie. Miłość nie jest uczuciem, z którym bardzo często jest mylona. Miłość może być podtrzymywana przez różne uczucia i to nie tylko te przyjemne, np. uczucie przyjaźni, zakochania, serdeczności, ale także przez te powszechnie uznawane za „negatywne”, np. gniew, zazdrość. O tym, czy uczucie poruszy człowieka ku miłości, decyduje wola i rozum, gdy tych zabraknie, bardzo często mamy katastrofę...

Miłość może się jednak wyrażać poprzez uczucie. Oczyszczona i właściwie przeżywana emocjonalność idzie w parze z miłością. W miarę jak postępujemy w rozwoju, coraz rzadziej musimy działać wbrew uczuciom. Coraz częściej zdarza nam się w jednym akcie miłować i czuć miłość. Zatem: czym posługuje się miłość? Jakie akty należą do porządku miłości? Na czym polega jej działanie? Można powiedzieć, że miłość, podobnie jak ptak, ma dwa skrzydła. Potrzebuje ich obydwu, żeby lecieć do celu – pierwszym skrzydłem jest afirmacja, a drugim wymaganie.

MIŁOŚĆ WYRAŻA SIĘ PRZEZ AFIRMACJĘ I WYMAGANIE

Afirmacja płynie z najgłębszych poziomów duszy. Tylko ten, kto ma serce prawdziwie kochające i zanurzone w Bogu, potrafi autentycznie afirmować. Miłość pozwala drugiemu doświadczyć subiektywnie, że jest miłowany. Gdy afirmacja jest rzeczywista, dokonuje się na wszystkich poziomach ludzkiej natury: fizycznym, emocjonalnym i duchowym. Serca nie da się oszukać – prawdziwa afirmacja to coś więcej niż wypowiadane mechanicznie słowo lub gest czyniony na polecenie rozumu. Afirmacji nie można wyćwiczyć. Jest darem, zarówno dla tego, kto afirmuje, jak i dla tego, kto jest afirmowany. Wyraża się w czułym spojrzeniu, geście, słowie, czasem w milczeniu. Prawdziwa afirmacja jest doświadczeniem mistycznym: zaskakuje, zarówno tego, kto kocha, jak i tego, kto jest kochany. Tak naprawdę, tym, który afirmuje jest Bóg, my jedynie stwarzamy przestrzeń dla Jego miłości. Afirmacja jest czymś pięknym i przyjemnym, wzruszającym i poruszającym do głębi.

Ludzie płacą terapeutom za czas i pomoc, ale nie mogą kupić ich serc, które jest bezcenne. Mogą je im ofiarować wyłącznie sami. Serca nie można kupić ani sprzedać. Nie istnieje skuteczna pomoc drugiemu człowiekowi bez afirmacji na najgłębszym poziomie. Wiele razy człowiek doświadcza tajemniczych chwil, gdy coś się otwiera między terapeutą a potrzebującym człowiekiem. Coś, czego nie można przewidzieć, nie jest związane z posiadaniem wiedzy czy opanowaniem technik terapeutycznych. Nie można tego zaplanować. Jedyne, co można zrobić, to modlić się o to doświadczenie i stwarzać w sobie przestrzeń do spotkania. Pojawia się, gdy jesteśmy gotowi: mistyczny moment, niezwykle intensywne spotkanie z drugim, pełne szacunku pochylenie nad tajemnicą jego cierpienia i rozwoju; całkowite przyjęcie, wzruszenie, które zatrzymuje czas; niewątpliwa i nienazwana obecność łaski, która leczy rany.

Moment głębokiej afirmacji jest trudny do opisania. Jeśli osoba zostanie nim obdarowana, będzie wiedziała,, że to było TO. Gdy się przydarza w gabinecie, jest bardzo często momentem przełomowym w terapii. Czasem wiąże się z całkowitym i natychmiastowym uzdrowieniem. Afirmacja to Bóg pomiędzy nami.

Drugie skrzydło miłości, bez którego miłość nie będzie dojrzała, to wymagania. Stawia się wymagania nie pomimo tego, że się kocha, ale dlatego, że ktoś kocha. Niestawianie wymagań to częsty brak w miłości. Zdarza się, że ludzie mylą miłość bezwarunkową z miłością niestawiającą wymagań. „Skoro Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem – myśli się – to nie muszę nic zmieniać, a inni powinni mnie zaakceptować”. Jednak to nieprawda. Jezus nie przyszedł na świat po to, aby zredukować obraz Boga do rozmiarów ciasnego serca ludzkiego, lecz po to, aby człowieka przebóstwić. Miłość porywa w górę, a dzieje się to między innymi poprzez wymagania.

Jeśli kogoś się kocha, nie pomija się niewygodnej prawdy, utrzymując przyjemną atmosferę kosztem jakości relacji. Nie będzie wahania w mówieniu trudnych rzeczy lub wskazywania na konieczność podjęcia wysiłku. Zdarza się, że stawiając wymagania wywoła się sprzeciw, bo są one w odbiorze czymś nieprzyjemnym i to zarówno dla tego, kto miłuje, jak i dla tego, kto jest miłowany. Jezus wielokrotnie burzył spokój i nazywał rzeczy po imieniu, co nie było łatwe dla słuchaczy, a czasem napotykało na zacięty opór. Nauczyciel mówił o wysiłku, jaki trzeba podjąć, aby za Nim iść. Bóg nie przyszedł na świat po to, aby było nam przyjemnie, lecz aby wynieść nas do godności dzieci Bożych: wolnych i miłujących.

Czasem trzeba włożyć potężny wysiłek, aby postawić granice i wymagania ludziom, których się kocha, ryzykując, że zostanie się odrzuconym. Miłość może podpowiedzieć, by wpuścić do domu kogoś, pomimo że nas zawiódł po raz kolejny. Innym razem, miłość nakaże wystawić jego walizki za drzwi. Miłość nie daje jednego prostego rozwiązania.[7]

Miłość, podobnie jak ptak, nie jest w stanie lecieć na jednym skrzydle. Sama afirmacja nie wystarczy. Nie wystarczą także same wymagania. Potrzeba, aby było i jedno, i drugie. Właśnie o tym pisze Św. Paweł w słynnym „Hymnie o miłości”. Apostoł wymienia akty niezwykłego heroizmu: rozdanie całego majątku, a nawet wydanie samego siebie na śmierć, zaznaczając, że można to wszystko czynić, nie mając miłości. Jeśli zabraknie afirmacji (zabezpieczę kogoś materialnie, ale nie dam mu mojego serca) lub wymagań (osoba, dla której „się spalam”, pozostaje egocentrykiem), to nie ma miłości. Święty Paweł pisze, że miłość jest łaskawa, cierpliwa i nie unosi się gniewem. Prawda to? Oczywiście, że prawda! Z kolei w Ewangelii czytamy, że Jezus ukręcił sobie bicz z postronków, że spoglądał na ludzi z gniewem i nazywał ich pobielanymi grobami. To także jest prawda o miłości.

2. Miłość jest aktem skierowanym ku...

Miłość realizuje się w relacji. Nie jest to wyłącznie filozoficzna ciekawostka – z tego faktu wynikają dla nas praktyczne wnioski. Ponieważ miłość „kieruje się zawsze ku...”, rozwój osobisty należy rozpatrywać w kontekście relacji z innymi ludźmi. Jeśli chce się lepiej czuć, realizować cele i marzenia, pogłębiać życie wewnętrzne, czyli podjąć pracę nad sobą, to nie wolno stracić z oczu celu tych wysiłków, jakim jest dobro drugiego człowieka.

CELEM ROZWOJU NIE JEST PERFEKCJA, LECZ MIŁOŚĆ

Co twoi bliźni będą mieli z tego, że podejmiesz pracę nad sobą i zaczniesz się lepiej czuć, pogłębisz swoje życie wewnętrzne i pozbędziesz się jakiejś wady lub złej skłonności? Byłoby dla nas niebezpieczną pułapką oderwać swój wysiłek wewnętrzny od realnego i konkretnego dobra innych ludzi. Jeśli staniesz się celem dla samego siebie (egocentryzm), będziesz przypominać kogoś, kto patrząc daleko wprzód, widzi własne plecy. Gubią istotny cel działania, człowiek przypomina psa goniącego swój ogon. Ważne, aby pamiętać, że sama motywacja do podjęcia rozwoju powinna wynikać z miłości, a więc: rozwijam się dla dobra innych, a nie tylko po to, by zadowolić swoje ego. Pracując nad sobą można nie zauważyć, że kręcimy się wokół siebie.

Zdarza się często, że osoby dotknięte kompulsjami seksualnymi, właściwie o niczym innym nie myślą i niczym innym się nie zajmują, jak tylko walką, by nie upaść po raz kolejny. Oczywiście zmaganie o czystość jest czymś niezwykle potrzebnym i szlachetnym, jednak może subtelnie stać się egocentryczne. Poznaje się to po tym, że ktoś prowadzi walkę wyłącznie w obszarze negatywnym (byle czegoś złego nie robić) i popada w rozpacz, gdy upadnie po raz kolejny. I, co może się wydawać najdziwniejsze, choć upadł już setki razy, wcale nie stal się przez to pokornym człowiekiem, bo nadal bardzo surowo osądza innych ludzi. W sumie nie widzi u siebie większych grzechów poza masturbacją. Jest ona jedynym grzechem doprowadzającym go do konfesjonału: spowiada się od „wpadki do wpadki”. Jakkolwiek to zabrzmi dziwnie dla niektórych, lubimy czasem zadać takiemu „zgnębionemu sobą” człowiekowi pytanie: „Co zyska świat, gdy przestaniesz się masturbować? Kto dostanie od ciebie więcej miłości? A czy mógłbyś już dziś podjąć tę miłość? Nawet pomimo twoich upadków? Może jest dla ciebie lepsze wejść do nieba skruszonym i małym z powodu tej kompulsji seksualnej, której przecież szczerze nie chcesz popełniać, niż nie wejść tam z powodu twojej pychy? A skoro na razie nie potrafisz tego przerwać, to co możesz podjąć w obszarze dla ciebie możliwym do wykonania? Jakie dobro czeka na podjęcie? Co nie znaczy oczywiście, że masz się poddać nieczystości”. Taka rozmowa zmienia perspektywę i otwiera na szybsze uwolnienie od nałogu.

Nie można odrywać swego rozwoju od kontekstu, jakim jest dobro bliźnich. Jeśli chcemy sprawdzić, czy miłujesz właściwie, zastanów się, co powiedzieliby o tobie twoi najbliżsi: rodzina, współpracownicy, znajomi i przyjaciele. Czy powiedzieliby, że doświadczają od ciebie dobra? Czy swoje wysiłki duchowe umieszczasz w ich kontekście, czy też zmaganie i wysiłki koncentrują cię wyłącznie na tobie?

3. Miłość jest aktem skierowanym ku dobru człowieka...

Szansa na rozwój – oto jeden z największych darów ofiarowywanych przez prawdziwą miłość. Jeśli chcesz sprawdzić, czy kochasz kogoś właściwie, zastanów się przez chwilę, jakie owoce pojawiają się w jego życiu, dzięki twojej miłości? Jeśli ma się do czynienia z rzeczywistym miłowaniem, osoba kochana będzie się rozwijać lub przynajmniej będzie miała szansę na wzrost wewnętrzny. Nie masz oczywiście wpływu na to, czy ktoś przez ciebie miłowany podejmie swój rozwój, jednak miłość daje mu na to szansę: czy z niej skorzysta, zależy tylko od niego samego.

MIŁOŚĆ JEST AKTEM SŁUŻĄCYM ROZWOJOWI CZŁOWIEKA.

Pewna kobieta mówiła: „Całe moje życie poświęciłam synowi, tak bardzo go kochałam. Gdy był mały, nie odstępowałam od niego na krok, aby mu się nic nie stało. Gdy poszedł do szkoły, na każdej przerwie byłam u niego z gorącą herbatką i kanapkami. Gdy zdał do liceum, zawsze na niego czekałam, by nie wracał sam. A gdy poszedł na studia, przeprowadziłam się z nim na drugi koniec Polski, aby mu sprzątać i gotować, by miał czas na naukę. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego on mnie teraz nienawidzi, jest gejem i alkoholikiem... Ja go przecież tak bardzo kochałam... Opisana osoba czuła „coś” wobec swego syna i to „coś” nazywała miłością. Nie kochała go jednak w rozumieniu tej definicji, ponieważ jej relacja nie prowadziła go ku dojrzałości. Ona sama również się nie rozwijała! Prawidłowo przeżywane macierzyństwo i ojcostwo rozwija nie tylko dzieci, ale i rodziców.

Ponieważ miłość prowadzi do rozwoju, mężczyzna zdradzający żonę nie miłuje prawdziwie swej kochanki, choć może być przekonany, że ją kocha. Zdrada nigdy nikogo nie rozwija! Nie kochają się także młodzi, którzy idą do łóżka bez żadnej odpowiedzialności, biorąc od siebie coś, czego nie będą mogli zwrócić, jeśli ich drogi się rozejdą. Gdyby miłowali się w rzeczywisty sposób, zadbaliby o rozwijanie cnoty czystości, co dałoby dobre owoce w ich małżeńskim życiu, bo zdolność zachowania wstrzemięźliwości seksualnej jest ważną składową zintegrowanej i dojrzałej osobowości.

RELACJA MIŁOŚCI ROZWIJA ZARÓWNO OSOBĘ MIŁOWANĄ, JAK I MIŁUJĄCĄ

Zdarza się, że ktoś żyje w pozornym dylemacie: „albo zadbam o siebie i wtedy odbędzie się to kosztem drugiego, albo zadbam o niego, ale wtedy mi będzie źle”. Jeżeli znaleźliście się kiedykolwiek w podobnej sytuacji, to znaczy, że popełnialiście błąd wynikający właśnie ze złego rozumienia dobra, którym obdarowuje miłość. Gdyby przetłumaczyć „dobro” na rozwój, to okaże się, że sytuacja wygląda następująco: albo oboje (ty i drugi człowiek, z którym miałeś problem) mogliście wejść na drogę rozwoju, albo obie strony mogły się zinfantylizować, porzucając wysiłek rozwoju. Nigdy nie stoi się przed dylematem: „mój rozwój kosztem twojego” lub odwrotnie. W prawdziwej miłości taki dylemat nie istnieje. Trzeba jedynie właściwie odczytać, na czym będzie polegał rozwój.

I jeszcze jedna bardzo ważna uwaga: rozwój nie zawsze jest przyjemny. Miłość niekoniecznie poprawia nastrój tym, których kochamy![8] Może się oczywiście zdarzyć, że ktoś, kogo się kocha, odbierze twoją postawę jako brak miłości, bo nie będzie chciał podjąć wysiłku własnego rozwoju. Czasem bywa tak, że człowiek dryfujący na krze oczekuje, że ratownik wskoczy do niego na lód. Jednak nikt rozsądny nie powinien w ten sposób ratować bliźniego. „Chwyć się liny” – taką odpowiedź usłyszy rozbitek. Jednak nie każdy ją rozumie i niejeden zawoła z żalem: „Gdybyś mnie kochał naprawdę, wskoczyłbyś do mnie na krę, aby mnie uratować”. Wtedy jednak trzeba odpowiedzieć: „Właśnie dlatego, że cię kocham, nie mogę tego zrobić. To ty musisz wyjść na stały ląd. Rzucam ci linę, możesz się jej złapać!”. Doświadczenie pokazuje, że taka odpowiedź nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. Miłość stwarza przestrzeń do rozwoju i mobilizuje do niego, jednak nie daje gwarancji, że osoba miłowana ten rozwój podejmie: czy złapie w końcu za linę, czy pozostanie w żalu, mając nawet poczucie, że nie jest kochana.

MIŁOŚĆ = ROZWÓJ

Gdy myśli się o miłości i rozwoju, mamy do czynienia z zachwycającą tajemnicą:

RZECZYWISTY ROZWÓJ PROWADZI DO CORAZ WIĘKSZEJ MIŁOŚCI, A PRAWDZIWA MIŁOŚĆ PROWADZI DO ROZWOJU.

To cudowne dodatnie sprzężenie zwrotne nieustannie wzmacnia się: rozwój => większa miłość => szybszy rozwój = > większa miłość i tak bez końca, aż do zjednoczenia z Bogiem. A ponieważ nieskończony Bóg jest miłością, twój rozwój prawdopodobnie nie będzie miał końca, nawet w wieczności! Kto zdecyduje się wejść na drogę rozwoju i nie zejdzie z niej, będzie postępował naprzód coraz szybciej, podobnie jak coraz szybciej porusza się kamień spadający na ziemię pod wpływem grawitacji. Na tym polega tajemnica wielkich świętych, których życie doznawało duchowego rozpędu. Jeśli nie widzisz w sobie tego przyrastania miłości, może to oznaczać, że twoje życie wewnętrzne nie jest właściwie „ustawione”. Warto się nad tym zastanowić.

I ZARAZEM ZOSTALIŚMY STWORZENI, BY BYĆ SZCZĘŚLIWYMI LUDŹMI.

Może ktoś sobie myśli: „Gdybym tylko mieszkał gdzie indziej, miał inną pracę, inny wygląd, inne zdrowie, inną rodzinę, innych ludzi obok mnie. Słowem, gdyby okoliczności mojego życia były inne, wtedy byłbym szczęśliwy”. Wiele osób myśli w ten sposób, uważając, że „szczęście się ma, gdy ma się szczęście”. Ze szczęściem, według nich, bywa tak, jak z losem na loterii, na którego trafienie nie mamy zupełnie wpływu. Znane polskie powiedzenie „w czepku urodzony” sugeruje, że niektórzy mają szczęście, a niektórzy nie. Tak jednak nie jest. Jak osiągnąć poczucie szczęścia i spełnienia w życiu? Są trzy pułapki, w które można wpaść, poszukując szczęścia. Kto w nie wpadnie, nie może szczęścia odnaleźć.

KATECHEZA 4. TRZY PUŁAPKI NA DRODZE DO SZCZĘŚCIA.

1. Utożsamianie szczęścia z przyjemnością.

2. Próba osiągnięcia szczęścia na drodze działania zewnętrznego.

3. Poszukiwanie szczęścia z pominięciem człowieka.

1. Utożsamianie szczęścia z przyjemnością

Popełnienie tego błędu niesie negatywną konsekwencję polegającą na unikaniu wszelkiego trudu, ponieważ ten nie jest przyjemy. A ponieważ bez trudu nie ma rozwoju, unikanie nieprzyjemności będzie groziło infantylizmem. Inna niekorzystna konsekwencja wpadnięcia w pierwszą pułapkę polega na tym, że człowiek, który chce być szczęśliwy, będzie angażował wszystkie swoje działania w tym celu, aby doświadczać jak najwięcej przyjemności. Niemal każda reklama odnosi się do przyjemności, ponieważ powszechnie utożsamia się ją ze szczęściem. Jeśli człowiek ulegnie temu złudzeniu, będzie robić wszystko, by produkt = przyjemność = szczęście, by je osiągnąć, należy tracić energię na pogoń za rzeczami nieistotnymi. Niektórzy orientują się bardzo późno, tuż przed śmiercią, że popełnili życiowy błąd. Wniosek: nie ma nic złego w odczuwaniu przyjemności, ale szczęście nie jest zależne od tego, czy ją odczuwamy, czy nie. Mogę być szczęśliwy, nie doświadczając przyjemności. Jestem powołany do szczęścia, a nie do przyjemności. Pogoń za przyjemnością nie zaspokoi serca człowieka.

2. Próba osiągnięcia szczęścia na drodze działania zewnętrznego

Jeśli człowiek wpadnie w tę pułapkę, będzie organizował świat wokół siebie po to, aby być szczęśliwym lub będzie uważał, że w warunkach, w których się znalazł, szczęścia osiągnąć się nie da. To dlatego niektórzy wciąż poszukują czegoś na zewnątrz siebie: idealnego miejsca, niezapomnianej chwili, niepowtarzalnego przedmiotu, pięknego otoczenia, „tego jedynego” człowieka lub używki – chcą przez chwilę poczuć się szczęśliwi. Człowiek tęskni do głębokiego pokoju i spełnienia, ale błędnie poszukuje tego na zewnątrz siebie. Stan „uwolnienia” jest pociągający tak bardzo, że ludzie są gotowi sięgać po narkotyki, alkohol, przypadkowe relacje seksualne i afekty, aby go na chwilę doświadczyć. Lecz to „uwolnienie” trwa tylko przez chwilę i jest imitacją tego, co przeżywamy na stałe w autentycznie szczęśliwym życiu. Poczucie szczęścia ma niewiele wspólnego z ekstatycznym i przejściowym doładowaniem emocjonalnym.

3. Poszukiwanie szczęścia z pominięciem człowieka

Wielu chce ochronić swój „maleńki świat”, izolując się od ludzi lub nawet ich niszcząc. Każdy „obcy” lub „inny” jest potencjalnie niebezpieczny, bo może się okazać konkurentem do, i tak zbyt małych zasobów, dóbr. Niektórzy upatrują własnego szczęścia w nieobecności innych ludzi. Chcąc zachować niezależność, „wyzwalają się” od ludzi i popadają w samotność. Szczęścia nie da się także zbudować na krzywdzie ludzkiej. Jak zatem możemy osiągnąć szczęście?

Szczęście jest „produktem ubocznym” rozwoju. Pojawia się ono niejako „przy okazji” miłości i polega na poszerzeniu naszej świadomości, głębokiej harmonii z całym stworzeniem, uważności  i pokoju serca. Szczęście wynika ze zjednoczenia z Bogiem. Rozwijając się, a więc miłując coraz bardziej, osiąga się poczucie szczęścia, sensu i spełnienia, za którym tak się tęskni. Szczęście nie jest więc czymś, co jest ci dane lub niedane „z góry”.

CZŁOWIEK OSIĄGA SZCZĘŚCIE, CZYNIĄC Z SAMEGO SIEBIE BEZINTERESOWNY DAR DLA BLIŹNIEGO

Twój rozwój prowadzi w tym właśnie kierunku. Im bardziej żyjesz dla TY, tym szybciej dojrzewa JA. Paradoks polega na tym, że człowiek znajduje szczęście, gdy tego szczęścia nie poszukuje dla siebie. Kto robi wszystko, by posiąść szczęście, ten go nigdy nie znajdzie. Drogę do szczęścia odkrywa się niespodziewanie, zapominając o sobie.

 

 


[1] ,,Łaska to stan nadprzyrodzonej łączności z Bogiem. Jest to nadprzyrodzona udzielanie się Boga człowiekowi, jako stworzeniu rozumnemu i wolnemu, dzięki czemu człowiek już obecnie, w życiu doczesnym, choć w sposób ukryty i nieodczuwalny uczestniczy w życiu Boga Trójjedynego (J 6, 57; Ef 2, 18) oraz ma zapewnione osiągnięcie zbawienia, czyli ostatecznego zjednoczenia z Bogiem w wieczności” (1 Kor 13, 12).

[2] Określenie ,,terapeuta chrześcijański” jest w pełni uzasadnione. Jeśli jakiś terapeuta twierdzi, że jego światopogląd nie powinien mieć dla klienta znaczenia, musi wiedzieć, że sam ten fakt jest także wyrazem pewnego światopoglądu. Terapeuci chrześcijańscy mają własne podejście do procesu terapeutycznego, zarówno z perspektywy filozoficznej, jak i z perspektywy techniki leczenia. To podejście uwzględnia duchowość i działanie łaski. Takie rozumienie terapii stanowi podstawy chrześcijańskiej terapii integralnej. (ChTI).

[3] Nieuwzględnianie w terapii miłości, jako celu rozwoju człowieka, spowalnia zdrowienie lub wręcz szkodzi procesowi terapeutycznemu, ponieważ bardzo często pacjent znalazł się w potrzebie terapii właśnie dlatego, że od miłości się oddalił. Każde zaburzenie emocjonalne, a niejednokrotnie i psychiczne (za wyjątkiem tych, których podłożem są zaburzenia biochemiczne), można rozpatrywać w perspektywie zakłócenia porządku miłowania. Neurotyk „kocha" siebie i innych w sposób nieuporządkowany, szkodliwy dla siebie samego i swego otoczenia. Na terapii chodzi więc o to, by człowiek podjął rozwój ku dojrzałej miłości. Jeśli tak się stanie, symptomy choroby miną, ponieważ pojawiają się one dlatego, że człowiek zszedł z właściwego kierunku życia. Uważa się, że objawy służą temu, by chorego na ten właściwy kierunek rozwoju (ku dojrzałej miłości) naprowadzić, a więc mają funkcję jak najbardziej pozytywną. Emocjonalność nie została nam dana po to, by nas męczyć lub upokarzać, lecz po to, by nas prowadzić we właściwą stronę.

[4] Dość często zdarza się spotkać osoby po terapii, które dzięki niej zaczęły stawiać wokół siebie granice, realizować własne cele w życiu, podejmować zupełnie nowe wyzwania i przy okazji doświadczyły postępującego rozkładu relacji rodzinnych. Było tak w przypadku pewnej kobiety przechodzącej terapię w grupie DDA, która prosiła o pomoc.

Dzięki terapii zaczęła wreszcie dbać o siebie i minęła jej, ciągnąca się latami, nerwica lękowa. Pozytywne zmiany były oczywiste, a system rodzinny musiał wejść w przejściowy kryzys – członkowie rodziny niejako uczą się „nowej” mamy, żony, synowej itd. Jednak dość szybko okazało się, że kryzys się pogłębia i nie widać jego końca: „miało być lepiej, a robiło się coraz gorzej”. Takie stwierdzenie nie wynika to z faktu, że jej bliscy nie chcą respektować pozytywnych zmian, jakie w niej zaszły, ale z tego, że ona sama zatrzymała się „na asertywności”, nie rozumiejąc, że ta postawa jest zaledwie punktem wyjścia do osiągnięcia właściwego celu rozwoju, którym jest miłość. Kobieta stawiała granice, bo tak jej poradzono w grupie DDA, i choć robiła to zgodnie z zasadami sztuki, z szacunkiem dla innych, stanowczo itd., w rodzinie pogłębiało się rozdarcie. Dotyczyło to zwłaszcza jej relacji z mężem i własną matką.

Cóż z tego, że ta kobieta postawiła granice i wymagania, jeśli nie uwzględniała faktu, że osoby wokół niej także potrzebują czasu na dojrzewanie, że być może na razie nie przeskoczą pewnych spraw, że jej stara, osiemdziesięcioletnia matka być może w ogóle niczego nie będzie mogła w sobie zmienić? Osoba ta, bardzo szybko zorientowała się, że gdyby konsekwentnie obstawała przy swoim, musiałaby opuścić męża, którego kochała i nie był on jakimś „patologicznym osobnikiem”. Musiałaby też całkowicie zerwać relacje z własną matką, która nie była w stanie respektować jej granic, ciągle władczo traktując ją jak małe dziecko. Stanęła więc przed pozornym dylematem, który według niej polegał na tym, że miała do wyboru: albo być wierną sobie, stosując wszystko, czego się nauczyła podczas terapii, a to oznaczałoby utratę najbliższych, albo „poddać się”, mając poczucie, że zdradza samą siebie. I to ją doprowadzało do rozpaczy! Poczuła wielką ulgę, gdy zobaczyła trzecie rozwiązanie, którego dotąd nie zauważała. Tym rozwiązaniem okazała się miłość miłosierna!

Kobieta zrozumiała, że jeśli nawet zrezygnuje z czegoś, co już potrafiłaby obronić dzięki własnej terapii, nadal pozostanie wierna sobie, jeśli uczyni to z miłości. Jeśli „podda się”, aby dać szansę na rozwój drugiemu człowiekowi, jej rezygnacja ze słusznych praw, nie będzie klęską, lecz zwycięstwem. Gdy nie chodzi o sprawy fundamentalne, takie jak: ograniczanie wolności, przemoc, zagrożenie życia lub zdrowia, można z czegoś zrezygnować, nie tracąc siebie. Właśnie w ten sposób osoba ta, odnalazła pokój serca: uśmiechała się do siebie samej, ustępując w pewnych sprawach i rozumiejąc, że robi to z miłości, w wewnętrznej wolności i ta jej rezygnacja nie jest oznaką słabości, lecz wręcz przeciwnie – siły. Okazało się, że to nie asertywność, ale miłość jest szczytem, do którego pragnie dążyć. Szybko poprawiły się jej relacje z mężem, on także zaczął się powoli zmieniać oraz z matką, która się już do swojej śmierci nie zmieniła, ale żyła w przekonaniu, że córka ją kocha i tak było rzeczywiście!

[5] Warto zauważyć, że próby wyrażania bóstwa tym są czystsze, im mniej dosłowne. Stopniowe objawianie się Boga przez wieki doprowadziło w końcu do rozpoznania KOGOŚ, Kogo imienia nie można wypowiadać i Którego wyobrażenia nie wolno czynić. Jezus zaś przeniósł kult Boga ze świątyń kamiennych do serc ludzkich. I w ten sposób Objawienie osiągnęło swój szczyt i pełnię w Miłującym do końca Człowieku. Człowiek stał się obrazem Boga niewidzialnego.

[6] Młody mężczyzna zgłosił się na terapię z powodu nasilającej się nerwicy natręctw, która stopniowo uniemożliwiała mu pracę i funkcjonowanie w rodzinie. Wykonywał zawód księgowego, co w jego przypadku oznaczało niekończące się obawy o to, czy nie popełnił błędu w rachunkach. Praca stopniowo przestała być możliwa, ponieważ to, co normalnie zabierało mu godzinę, teraz trwało kilka godzin i wywoływało ogromne napięcie emocjonalne oraz skrupuły, że popełniając błąd księgowy, zaszkodzi ludziom, firmie lub państwu.

Po wywiadzie okazało się, że natręctwa towarzyszą mu już od lat w obszarze religijnym, lecz on sam nie traktował ich za coś niepokojącego, uważając, że są wyrazem jego wierności Bogu. Spowiadał się po wiele razy z tych samych grzechów, nie będąc pewnym, czy wyspowiadał się poprawnie. W momencie, gdy odchodził od konfesjonału, już nosił w sobie wątpliwość dotyczącą tego, czy nie zataił jakiegoś grzechu. W związku z tym praktycznie nie przystępował do komunii – przecież w każdej chwili mógł popełnić grzech śmiertelny! W piątki głodził się, ponieważ obawa, że zje mięso, rozrosła się do takich rozmiarów, że właściwie nie mógł nic jeść, obawiając się, że to, co spożywa, mogło mieć kontakt z pokarmem „zakazanym”. W dni postu nie używał sztućców w obawie, że i one mogą mieć na sobie resztki mięsa. Bojąc się, że mógłby nie odmówić pacierza, rano i wieczorem wydłużał w nieskończoność rytuały modlitewne.

Szczególną rolę w powstaniu objawów nerwicowych u tego mężczyzny miała religijność jego matki, która także żyła w nieustannym lęku przed Bogiem. To matka straszyła tego księgowego piekłem, gdy był małym dzieckiem. Kobieta chciała wychować go na „moralnego i dobrego chrześcijanina”, więc zaszczepiła w nim lęk przed grzechem i Bogiem. Wyobrażał on sobie, że Stwórca nieustannie kontroluje człowieka, zapisując wszelkie upadki i potknięcia w wielkiej księdze. Matka nie pozwalała synowi na wyrażanie uczucia gniewu i przykazaniem „Czcij ojca swego i matkę swoją” dosłownie pacyfikowała go, odbierając mu jakąkolwiek możliwość sprzeciwu. Obawiał się on także wszelkich poruszeń seksualnych. Wprowadzały go w lęk, bo przecież „Jezus powiedział, że każdy, kto patrzy pożądliwie na kobietę, grzeszy” – argumentował. Co ciekawe, matka była silnie zaangażowana w działalność polityczną i słynęła z bardzo agresywnych wypowiedzi. Nie widziała sprzeczności pomiędzy Ewangelią, a tym, jak postępowała w życiu. Było oczywiste, że za jej „radykalizmem” stoi nieuświadomiony lęk, a nie umiłowanie prawdy.

Blokowanie uczuć, związane z nieprawidłowymi poglądami teologicznymi i fałszywym obrazem Boga, stały u podstaw nerwicy, która nękała tego mężczyznę. Potrzeba było wiele czasu, by zbudować jego zaufanie wobec nowej, nieznanej mu teologii. Nie bez znaczenia był fakt, że znał tych terapeutów z działalności kościelnej i wiedział, że przychodzi do ludzi, którzy nie zaproponują mu rozwiązania w rodzaju: „Porzuć Kościół, a miną twoje problemy”, choć rzeczywiście droga jego uwolnienia wiodła przez chwilowe zaprzestanie praktyk religijnych. We współpracy z księdzem, który rozumiał naturę problemów pacjenta, udało się mu znacznie pomóc. Musiał się także zaprzyjaźnić z własną emocjonalnością, zaakceptować gniew, który się ujawnił, szczególnie wobec matki, oraz uczucia seksualne. Bez przywrócenia prawidłowych poglądów teologicznych i wskazywania na miłość, jako źródło i cel życia religijnego, mogłoby to być bardzo trudne lub nawet niemożliwe.

Religijność nie jest wyłącznie zjawiskiem mającym zagłuszyć ból istnienia i lęk przed śmiercią, choć zdarza się, jak było w opisanym przypadku, że zostaje do tego właśnie zredukowana. Byłoby jednak bardzo niesprawiedliwym powiedzieć, że religijność jest wyłącznie reakcją na lęk.

[7] Zdarza się, że miłość może wymagać od człowieka gestu lub słowa, które zada ból tym, których się kocha. Oto pewien mężczyzna, wielokrotnie zdradzany przez żonę, która miała z nim dwoje dzieci, a ze swoim kochankiem jeszcze jedno. Kobieta żyła „na dwa domy”: raz przebywała z mężem, a raz z tym drugim. Taka przedziwna sytuacja trwała już kilka lat. Bohater naszej historii byt człowiekiem zamożnym i żona ewidentnie go wykorzystywała materialnie. Bywało także, że go biła, a on na to pozwalał, ponieważ tak rozumiał miłość: „Miłość wybacza nie siedem razy, a siedemdziesiąt siedem razy, czyli zawsze”. Wychowywany przez bardzo religijną matkę i babkę nie wyobrażał sobie, aby było inne rozwiązanie dla chrześcijańskiego małżonka jak: „Przebaczyć i przyjąć ponownie bez względu na wszystko”. Dochodziło do tego, że jego synowie stawali w jego obronie, a do matki czuli nienawiść. Żona niczego nie zmieniała w swojej postawie, a gdy próbował rozmawiać, zamykała mu usta słowami o sakramentalnym małżeństwie, wiedząc, że na ten argument nie będzie miał odpowiedzi. Gdy była w lepszym nastroju, przepraszała go nawet, co nie przeszkadzało jej nadal jeździć do kochanka. Kiedy jej nastrój był gorszy, wyzywała męża i stosowała rękoczyny.

Nasz rozmówca był bardzo zdziwiony, gdy dowiedział się, że nie kocha swojej żony, ponieważ utrzymuje ją latami w jej egoizmie. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym, że choć Bóg kocha nas takimi, jakimi jesteśmy, to niektórzy nie mogą uzyskać rozgrzeszenia, dopóki nie zmienią swego postępowania; że nie każdy i nie na każdych warunkach może przyjąć komunię. Najbardziej zdziwiło go prawo kanoniczne, w którym przeczytał, że istnieje możliwość separacji w przypadku, gdy małżonek dopuszcza się zdrady. Nigdy nie pomyślał o tym, że separacja może być podjęta jako wyraz miłości i walki o żonę. Małżeństwo chrześcijańskie nie jest formą niewolnictwa i że jego wymiar sakramentalny nie oznacza, że trzeba być z drugą osobą bez względu na to, jak ona postępuje. Zrozumiał, że może pozostać wierny swojej żonie, nie zgadzając się na jej czyny.

Inna historia, to historia matki samotnie wychowującej czternastoletniego syna, która została przez niego uderzona, bo wyłączyła mu dostęp do Internetu, gdy przekroczył już wszelkie możliwe normy korzystania z sieci. Na pytanie o to, co się potem działo, odpowiedziała, że syn poszedł spać, a na drugi dzień rano... zrobiła mu śniadanie i zawiozła do szkoły. Gdy zapytano ją, dlaczego robi śniadanie i wozi do szkoły syna, który ją bije i jej ubliża, odpowiedziała: ,,Przecież dziecko nie może pójść głodne do szkoły, która jest bardzo daleko, a jazda tramwajem zajęłaby mu znacznie więcej czasu...”

[8] Oto trzydziestoczteroletnia kobieta, ostatnia z pięciorga rodzeństwa, która zgłosiła się po pomoc na terapię w związku z nasilającymi się spadkami nastroju i myślami samobójczymi, które nękały ją od dłuższego czasu. Choć od wielu lat miała dobrą pracę, nadal mieszkała z rodzicami, wobec których czuła w sercu wiele złości. Chciała się od nich wyprowadzić, ale ciągle pobrzmiewało w niej przekonanie, że jako najmłodsza z pięciorga rodzeństwa, jest zobowiązana do przejęcia gospodarstwa (mieszkali na wsi). Okazało się, że rodzice „zaprogramowali” jej przyszłość i nawet ich dom został tak zaprojektowany, aby najmłodsze dziecko pozostało z nimi na starość. Była w okropnym stanie emocjonalnym, ponieważ miała poczucie, że jeśli wyprowadzi się z domu, zdradzi rodziców, którym jest winna opiekę.

Parę lat wcześniej, pojawił się mężczyzna, który się jej oświadczył, ale nie dała mu, jak dotąd, pozytywnej odpowiedzi. Jej rodzice nie brali pod uwagę możliwości, by ich córka wyszła za mąż, wyprowadzając się z domu. Kobieta wymykała się na randki z kandydatem na męża. Zdarzało się, że współżyli ze sobą i za każdym razem wracała do domu z ogromnym poczuciem winy i pustką w sercu. Nie miała siły na to, by odpowiedzieć pozytywnie na oświadczyny, nie potrafiła także odmówić mężczyźnie, w którym się zakochała. Była przekonana, że miłość wobec rodziców wymaga od niej, by pozostała z nimi w domu, przynajmniej do ich śmierci, a jej „chłopak” nie chciał nawet słyszeć o tym, by zamieszkać w jednym domu z teściami.

Potrzebne jej było zrozumienie, czym jest prawdziwa miłość i dopiero ono zaczęło wprowadzać zmianę w jej życie. Gdy zrozumiała, że miłość prowadzi do rozwoju, zaczęła zastanawiać się nad tym, co się dzieje w jej życiu i w życiu jej najbliższych. A więc miłość do rodziców domaga się tego, aby się od nich wyprowadzić, że dopiero to poprowadzi ich dalej, do etapu „pustego gniazda”, z którym będą musieli się zmierzyć. Zrozumiała także, że ona sama odpowiada wyłącznie za swój własny rozwój i nie powinna przejmować odpowiedzialności za to, jak będą żyli jej rodzice. Co ciekawe, gdy podjęła decyzję o wyprowadzeniu się z domu, nie spodobało się to nie tylko jej rodzicom, ale także jej rodzeństwu, do którego nagle dotarło, że opieka nad rodzicami, powinna się rozkładać w równym stopniu na wszystkie dzieci. Poczucie winy było uczuciem, które trzymało naszą klientkę na uwięzi – nauczyła się je ignorować wiedząc, że pochodzi ze złego rozumienia miłości.

 

 

 
     

Proboszcz: Ks. Kanonik Andrzej Biernat; Admin - Webmaster: Ks. Grzegorz Kozłowicz

Copyright 2007 - Realizacja KreAtoR